Nowy numer 38/2021 Archiwum

Jestem całkowicie pogodzony

28 maja minie 40. rocznica śmierci prymasa Stefana Wyszyńskiego. Choroba ujawniła się na początku roku. Prymas słabł.

Początkowo diagnoza lekarska nie była trafna, z czasem okazało się, że to nowotwór. 1 kwietnia, po badaniach lekarskich, prymas zapisał w „Pro memoria”: „Rozpoczyna się via dolorosa (droga krzyżowa – przyp. red.) wśród przyjaciół Hioba. Dzień dla mnie doniosły, wydaje mi się, że jest to initiumfinis (początek końca)”. Od tego czasu kard. Wyszyński pozostawał w łóżku, ciągle starając się trochę pracować. W Wielką Sobotę, 18 kwietnia, tradycyjnie spotkał się z domownikami i najbliższymi współpracownikami. Życzenia składał bp Jerzy Modzelewski. Prymas Wyszyński słabym już głosem wygłosił krótkie przemówienie, które zostało nagrane, spisane i opublikowane przez kapelana ks. Bronisława Piaseckiego. Sześć tygodni później zmarł. •

 

„Pozwólcie, moi Drodzy, że się troszkę oprę. Jestem serdecznie wdzięczny księdzu biskupowi, jak również obydwu Kapitułom: Katedralnej Warszawskiej i Kolegiackiej, oraz moim sekretarzom, pracującym tutaj, w domu, siostrom, braciom i wszystkim, którzy mają poczucie wspólnoty z tym domem, gdy nawiązujemy do bardzo wymownych znaków naszej jedności duchowej i nadziei na Zmartwychwstanie i Życie. Na pewno święta Wielkanocne będą dla wszystkich radością. I chociaż będą one przezwyciężały smutki i cierpienia tego czasu, zawsze jednak mamy zapewnienie Apostoła, że »utrapienia tego czasu nie dadzą się porównać z chwałą, jaka się w nas objawi«.

Ja miałem czas przez te dwa tygodnie pobytu w łóżku zastanowić się nad tym, jak wielki to dar Boży – czas, którego Bóg dał mi tyle – blisko 80 lat. I co to jest życie, które chociaż u mnie nie było wolne od najrozmaitszych przeszkód i trudności, to jednakże zawsze było łaską i miłością. Ale ponieważ Bóg jest dawcą życia i czasu, dlatego też jestem całkowicie pogodzony z tym, że On może dać i może odebrać. Nie mam co do tego żadnych zastrzeżeń ani wątpliwości.

Jezus Chrystus, który wszystko uczynił, ażeby nasze życie odnowić, ubogacić, wyzwolić, odkupić, uświęcić, On to wszystko w każdym z nas nieustannie sprawuje. Człowiek z rozpędem życia nie zawsze ma chwilę sposobną, ażeby się nad tym misterium działania Chrystusa w nas na każdy moment zastanowić. I znowu na tym odcinku byłem na tyle szczęśliwy, że miałem możność pomyśleć nad działaniem Chrystusa w moim osobistym życiu. Ale też doszedłem do wniosku, że właściwie nie mogę prosić o nic Boga ani jego Syna. Nie mogę prosić o powrót do zdrowia, do sił dlatego, że na stolicy biskupów warszawskich i gnieźnieńskich przebywam blisko 33 lata. To jest duży szmat czasu. Z wielu względów zasługuje on na jakąś decyzję ze strony Chrystusa, który ustanawia pasterzy i ich odwołuje. I w tej dziedzinie jestem również całkowicie spokojny i bez zastrzeżeń. Jeżeli co mnie tylko może jak gdyby niepokoić, to pragnienie, ażeby rozpoczęta budowa seminarium metropolitalnego mogła być dokończona. Innych właściwie pragnień nie mam. Pan Bóg pozwolił mi pracować dużo i trudno. Lata mojego biskupstwa były zawsze bardzo trudne. Ale Bóg dawał też łaskę. Dlatego ja Mu za to dziękuję. A życzeń nie wysuwam.

Natomiast moje myśli i uczucia koncentrują się wokół Tej, na którą wszystko postawiłem – wokół Matki Najświętszej. Może dlatego, że jestem troszkę na tym odcinku »demoralizowany«. Wydaje mi się, że ponieważ wszystko postawiłem na Maryję, mogę wszystkiego od Niej oczekiwać. Ale ja Jej mówię tak: Jestem Twoim niewolnikiem i masz prawo czynić to, co Tobie jest potrzebne, a nie mnie.

Na zakończenie tych kilku słów myśli, które nie jest mi łatwo powiedzieć, skutek osłabienia sił, pragnę dodać, że jestem spokojny o to, czego Pan Bóg ode mnie oczekuje i żąda. Owszem, nieraz myślę, że to byłaby łaska rozstania, którą Bóg niekiedy otoczeniu daje. Tak czasem myślę. Pytają mnie nieraz: Czy mam jeszcze coś takiego do zrobienia, co chciałbym zrobić. Mam tak wspaniałych współpracowników, biskupów pomocnych, w Warszawie i w Gnieźnie, że wiem, iż cokolwiek bym po sobie zostawił, to oni do końca doprowadzą. Ufam w pełni.

Jeżeli o co można prosić, to o wyrozumiałość dla człowieka, który jak długo miał siły, pracował. Gdy ich już nie ma, pozostaje mu tylko modlić się i troszczyć się o to – ut quid terram occupat (po co zajmuję tę ziemię – przyp. red.). A to jest moja myśl prawie nieustanna, aby Pan Bóg tak pokierował końcem mojego życia, bym nikomu miejsca nie zajmował. Zawsze się o to starałem, żebym za dużo miejsca w Kościele i w Polsce nie zajmował, ale nie ja byłem temu winien, że Pan Bóg ustawiał sprawy mojej Ojczyzny na widowni Kościoła i całego świata.”

Wybrała Ewa K. Czaczkowska

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama