Nowy numer 38/2021 Archiwum

Ojciec odchodzi

Kardynał Stefan Wyszyński odchodził w dramatycznych okolicznościach. Ciężko ranny w zamachu papież walczył o życie, a na horyzoncie dziejowym przybywało czarnych chmur, zapowiadających tragiczny grudniowy przełom.

Do końca swych dni prymas był bardzo aktywny. Ostatnią wielką batalią, którą przyszło mu stoczyć, było wsparcie rejestracji NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych. Pod koniec marca 1981 r. poczuł się jednak źle i zdecydował się na specjalistyczne konsultacje.

Ostatnia Msza św.

– Zapiski, które prymas robił systematycznie od 1949 r., pod koniec życia mają charakter fragmentaryczny i świadczą o postępującej chorobie – mówi prof. Paweł Skibiński, redaktor edycji „Pro memoria”. Zwłaszcza po 31 marca 1981 r., kiedy opuścił dom w Choszczówce i przeniósł się do rezydencji przy ul. Miodowej w Warszawie. Od połowy kwietnia notatki są już bardzo lakoniczne, czasem to urywane, pojedyncze zdania. 12 maja 1981 r. kardynał wykonał ostatni zapis. Wspominał 35. rocznicę swojej konsekracji na Jasnej Górze. Wtedy też w kaplicy na Miodowej odprawił swą ostatnią Mszę św. Koncelebrował ją wspólnie z ks. Bronisławem Piaseckim, swoim ostatnim kapelanem. Jak zapisał Wyszyński, chciał zrobić radość swoim siostrom Stanisławie i Janinie, które przyjechały na tę Mszę św. Następnego dnia, 13 maja, miał miejsce zamach na Ojca Świętego. Prymas, świadomy swego ciężkiego stanu, zdecydował, aby 14 maja nagrano wezwanie do modlitwy w intencji papieża, a nie jego. Było ono odtwarzane w warszawskich kościołach. Kapłan miał świadomość, że odchodzi. Liczył dni. 11 maja napisał, że mija 39. dzień jego choroby. Profesor Skibiński ocenia, że Wyszyński traktował ten czas jako pożegnanie ze światem. Stale jednak pracował, podejmował decyzje, pisał, spotykał się z biskupami. Modlił się za Kościół i Polskę.

Dyżury na Miodowej

9 maja 1981 r. nastąpił kryzys stanu zdrowia, a 14 maja konsylium lekarskie zdecydowało, że potrzebna jest całodobowa opieka nad chorym. W sypialni w Domu Arcybiskupów Warszawskich stworzono warunki do prowadzenia intensywnej opieki medycznej. Zainstalowano monitor kardiologiczny, wprowadzono całodobowe dyżury trzech lekarzy przy chorym. – Propozycję dyżurów u prymasa dostałem od prof. Zygmunta Sadowskiego po konsylium, kiedy ustalono, że trzeba mu zapewnić stałą opiekę kardiologiczną. Miałem wtedy 30 lat. Prymas znał mnie już wcześniej – wspomina dr Marek Kośmicki, który wszedł w skład zespołu. Dyżury nocne przy ul. Miodowej wypadały co trzy dni. Koordynatorem zespołu był prof. Sadowski, a w jego skład – obok dr. Kośmickiego – wchodzili lekarze: dr Blanka Mamont i dr Franciszek Walczak (później został profesorem medycyny). U boku prymasa stale pracowała także pielęgniarka – szarytka s. Józefa Kozieł, która wcześniej była oddziałową w klinice prof. Zdzisława Łapińskiego. – Kiedy zostałem włączony do tego zespołu, prymas nie wstawał już z łóżka. Wcześniej, gdy miał jeszcze siły, prosił, aby zwieźć go na wózku do ogrodu. Lubił tam przebywać przez dłuższą chwilę – mówi dr Kośmicki.

Lekarz zapamiętał wygląd pokoju, w którym umierał prymas. Leżał w łóżku używanym jeszcze przez kardynała Hlonda. Na stoliku naprzeciwko twarzy chorego znajdowała się ikona Matki Boskiej Częstochowskiej, z którą nigdy się nie rozstawał, nawet w podróżach. Po jego prawej ręce wisiał obraz „Zdjęcie z krzyża”. Prymas powiesił go tam na krótko przed swoim aresztowaniem we wrześniu 1953 r. Przed nim – obok Matki Boskiej – leżało zdjęcie matki, na którym kardynał był małym chłopcem.

– W Polsce było wielkie napięcie polityczne. Wszyscy się zastanawiali, czy Sowieci wejdą, czy nie. Zapytałem o to prymasa – wspomina dr Kośmicki. – Nie odpowiedział wprost, ale przypomniał wydarzenie z czasów dzieciństwa, kiedy żyła jeszcze jego mama. Jego opowieść była bardzo znacząca w kontekście mojego pytania. „Pewnego razu – mówił prymas – stałem z matką w Zuzeli nad rzeczką Pukawką, dopływem Bugu. Na jej drugim brzegu konni kozacy bili bezbronną ludność. Ani tego dnia, ani przez następnych kilka dni nie mogłem zasnąć. Wiele razy pytałem matkę, czy oni przyjdą także do nas. Zapewniała, że nie, i wtedy spokojnie zasypiałem” – wspomina słowa prymasa dr Kośmicki.

Pożegnanie z papieżem

– Znaczącym momentem w dniach odchodzenia prymasa jest 25 maja – zauważa prof. Skibiński. Rozmawiał wtedy telefonicznie z Janem Pawłem II, przebywającym w Poliklinice Gemelli. Było to przedsięwzięcie dość skomplikowane technicznie, gdyż prymas nie mógł wstać z łóżka. Techniczne przygotowania do tej rozmowy trwały 24 godziny. Przedłużono kable telefoniczne, aby Wyszyński mógł rozmawiać na leżąco. Przebieg rozmowy jest znany z literalnego zapisu, który wykonywał ks. Piasecki, obecny przy rozmowie. – Nie znamy żadnego jej nagrania, pozostaje nam wierzyć temu zapisowi – przekonuje prof. Skibiński. Z kolei w Rzymie, w pokoju, w którym leżał papież, był obecny ks. Stanisław Dziwisz, który słyszał, co mówił Jan Paweł II. – Prymas żegnał się z papieżem, prosił go o błogosławieństwo. Była to rozmowa ludzi, którzy wiedzieli, że słyszą się po raz ostatni, dlatego miała według mnie tak dramatyczny, wstrząsający przebieg – ocenia prof. Skibiński.

Przy nas zmarł

Zapytałem dr. Kośmickiego, czy prymas miał w maju 1981 r. świadomość, że są to jego ostatnie chwile życia. We wspomnieniach ks. Piaseckiego pojawia się bowiem informacja, że 11 maja Wyszyński spotkał się z ks. Dziwiszem. Zapewniał go wówczas, że jeśli będzie się czuł lepiej, 7 czerwca pojedzie do Rzymu na uroczystość zawierzenia Kościoła Duchowi Świętemu i Matce Bożej.

– Miał świadomość nadchodzącego końca, ale podobnie jak większość ludzi w takich chwilach miał nadzieję, że może to jeszcze nie teraz. Pytał mnie, czy będzie mógł pojechać na tę uroczystość. W rzeczywistości nie miał sił, aby przewrócić się w łóżku z lewej strony na prawą. Jak się okazuje, Wyszyński to samo pytanie zadał siostrze Józefie. Przekonywałem go, że najważniejsze nie jest osobiste uczestnictwo, ale to, żeby akt ten się odbył. Ostatecznie z powodu zamachu na Ojca Świętego uroczystości zostały przesunięte na jesień 1981 roku – odpowiada lekarz.

Pytam dr. Kośmickiego, kiedy widział ostatni raz prymasa Wyszyńskiego.

– Byłem przy nim do końca. Zmarł na moim dyżurze w nocy z 27 na 28 maja o 4.40 nad ranem. Wcześniej nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia, jednak udało się go z tego wyratować. 22 maja kardynał miał spotkanie z Radą Główną Episkopatu Polski. Jednak przez ostatnie dwa, trzy dni był właściwie w stanie śpiączki. Nie odzyskiwał przytomności. Świadkiem jego śmierci był też prof. Sadowski. Przy nas Wyszyński zmarł. O zgonie powiadomiliśmy domowników i poprosiliśmy do pokoju ks. Piaseckiego. Mnie osobiście śmierć prymasa przypominała okoliczności śmierci Boryny z „Chłopów”.

W jego pogrzebie nie brałem udziału, dyżurowałem wtedy w klinice. Miałem jednak ten zaszczyt, że na krótki czas znalazłem się w domu prymasa, prawie jak jego domownik – wspomina tamte wydarzenia dr Kośmicki.

Narodowe misterium

Pogrzeb kard. Wyszyńskiego odbył się 31 maja 1981 r. Był jednym z najbardziej symbolicznych wydarzeń w powojennej historii Polski. Mówiło się o milionie uczestników tego wydarzenia. W żałobie wzięło z pewnością udział jeszcze więcej ludzi.

– Byłem wówczas młodym dziennikarzem „Słowa Powszechnego”, posiadałem akredytację na pogrzeb. Bardziej jednak przeżywałem to osobiście, jak ktoś wpatrzony w prymasa od wczesnej młodości – wspomina Grzegorz Polak, obecnie zastępca dyrektora w Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego. – Wyszyński był dla mnie autorytetem, w jakimś sensie zastępował mi ojca, którego nie miałem. Jego śmierć była dla mnie osobistą stratą, jak gdyby umarł ktoś z najbliższej rodziny. Chociaż miałem świadomość, kim kardynał był dla Polaków. Ten czas wspominam jako dramatyczny. Nie było wiadomo, czy papież przeżyje. Poczucie lęku, że pozostaniemy osamotnieni przez odejście tych dwóch ludzi, którzy podtrzymywali w nas nadzieję na wolność i do niej prowadzili, było przejmujące – opowiada G. Polak.

– Warto zwrócić uwagę – dodaje prof. Skibiński – że Msza pogrzebowa 31 maja 1981 r. odbywała się w scenografii Mszy św. papieskiej z 2 czerwca 1979 r. Różnica była taka, że w centralnym miejscu pod krzyżem na katafalku spoczywała trumna z ciałem prymasa. Emocje były ogromne. Z relacji wiem o narzeczonych, którzy kładli obrączki na trumnie, a studenci i wojskowi swoje czapki – jak sądzę – by prymas opiekował się nimi. Ojciec odszedł! Tak odbierano tę śmierć. Pogrzeb miał nie tylko wymiar symboliczny, lecz także metafizyczny – podkreśla. W trakcie tego wydarzenia nastąpiło – podobnie jak w czasie pierwszej pielgrzymki papieża do Polski – swoiste zawieszenie komunistycznego ustroju. Uczestniczyli w nim zarówno polscy hierarchowie, jak i przedstawiciele władzy oraz Solidarności, a także najważniejsi dostojnicy kościelni z całego świata. Symboliczna była obecność sekretarza stanu kard. Agostino Casarolego, który przewodniczył żałobnej liturgii. – Nie było tajemnicą, że w latach 70. prymas był przeciwnikiem proponowanej przez watykańskiego dyplomatę polityki wobec władz komunistycznych, upatrując w tym zagrożenie dla wolności Kościoła w krajach bloku sowieckiego. Dlatego obecność kard. Casarolego w Warszawie była symbolicznym oddaniem hołdu postawie i myśli prymasa Polski – dodaje prof. Skibiński.

– Ten pogrzeb był narodowym misterium – wspomina G. Polak. – Ogłoszono trzydniową żałobę narodową, co było szokujące w komunistycznym państwie. Czuło się dostojeństwo tej chwili. Polska zgromadziła się wokół tej trumny. Miałem wrażenie, że ludzie w tym czasie wyszlachetnieli. Pogrzeb kardynała Wyszyńskiego wspominam nie jako traumatyczne przeżycie, ale jako coś pięknego, niepowtarzalnego, w czym dane mi było uczestniczyć. Oczywiście ten stan trwał krótko. Po zakończeniu żałoby konflikt pomiędzy władzą a Solidarnością rozgorzał z nową siłą, a kilka miesięcy później wprowadzono stan wojenny – dodaje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama